„Zło-to”

Polska, militarna space-opera. 1610 po wyrwaniu się z grawitacji Ziemi. Przyglądamy się zmaganiom Imperium osadzonemu w Ramieniu Oriona. Monarchia konstytucyjna oparta na władzy elekcyjnego imperatora zaczyna mieć poważne kłopoty zewnętrzne i wewnętrzne. Powracają starzy wrogowie i pojawiają się też nowi, ale są też przyjaciele, o których nikt nie wiedział.

Tej historii nie opowiada jeden bohater, lecz kilku. Ich przygody, przeplatają się w mniejszym lub większym stopniu, układając się w całość. Podróże międzygwiezdne są na porządku dziennym, więc zwiedzamy przeróżne światy, układy i planety o znajomo brzmiących nazwach. W tym świecie nie polecieli w kosmos jako pierwsi Anglosasi, Chińczycy, czy ktoś egzotyczny. Tutaj pierwsi w kosmosie znaleźli się Polacy i to dlatego imiona i nazwiska są znane chociażby z przekazów historycznych. Kto nie potrafi pogodzić się z taką wizją i scenariuszem powieści niech sobie daruje a przy okazji obniży swój poziom wyobraźni.

Space-opera rządzi się swoimi prawami, ale postarałem się uniknąć przeładowania nauką i trudnymi zwrotami. Nawet napęd nazywa się tu piecem a nie reaktorem. Istnieją, bo muszą istnieć tarcze, nanoboty, lasery. Obok tego wszystkiego pojawiają się gwiazdy ciągu głównego oraz wiele niespodzianek opisywanych przez naukę, czerwone i brązowe karły, niebieskie nadolbrzymy i magnetary, planety skaliste i gazowe. Jest też flota i to wszystko co jest z nią związane, potęga, siła, braterstwo broni, służby, spiski, zdrady a także honor i przyjaźń. To co tak łatwo można opisać w książkach z działu – fantastyka.